0000-8088-skanuj0004_b_sml_120

Casus mixtus

Autor:  Jarosław Trześniewski
Gatunek: Poezja
Wydawca: Związek Twórców Ziemi Zawkrzeńskiej
Data wydania: 2009
Data dodania:  06 sierpnia 2010, 17:59:09
ISBN: 978-83-922105-7-3

Krótki opis:

3 tomik wierszy Autora" W stronę Beethovena"(1997)i "Pomarańczowego zeszytu"(2003)

Fragment:

 

 

 

 

 

                          Casus mixtus

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                       

 

 

 

 

 

 

 

 

nic

 

nic już nie będzie takie jak było

ani słuch ani dotyk

ani jasnowidzenie

ani tamten dzień

ani noc

ani elizejskie 

cienie

 

nuty znikną przykryte papierem

jak martwi kloszardzi

 

rapsodia sama w sobie

zostanie muzyką

bez nut

drogą leśną

traktem donikąd

 

możesz sprawdzić

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dotknięcie 

 

Takie to zwykłe Dotkniesz

Jak zwykle znika

Jakie niezwykłe

Trwałe Lżejsze niż muzyka

 

Ponad śnieg czystsze

Ponad oddech cięższe

Ból jest jak przebiśnieg

Zimno coraz gorętsze

 

Takie niezwykle Zmysły

Odchodzą By pojawić

Się tam gdzie zwyczajność

Zwyczajność świeżej trawy

 

Dotykasz Nie ma granic

Ciało i skóra zimna

Maska pośmiertna ciszy

I zastygnięty grymas

 

Zwiewność pozorna tylko

Ciężko oddech wstrzymany

Modlisz się bez słów głośno

Trzymasz w ręku różaniec  

 

Przelotne ach przelotne

Deszcze Zwiewne opady

Mgła paruje nad nami

Twarz jest wilgotna cała

 

Dotykasz czas wargami

Smak ziemi ognia wody

Powietrze coraz czystsze

Powietrze bardziej czyste

 

Gdy wznosisz się nad wodami

Gdy cisza jest nad nami

Puste miejsce jest pełne

Zapełnione głosami

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Echolalia

                                                   Nucleus Freedom

 

Rdzeń dźwięku opiera się

na wolności procesora

Za ścianą ujadający pies

o jedną oktawę ponad oktawę

i woda O tę jedną kroplę

 

za dużo

 

platynowa spirala

wszczepiony kleszcz

plącze się we włosach

a ucho puste

ślimak poza konchą

kontroluje

imitacje ciszy

 

ponad realność

bycie

cyborgiem

tak nie przeszkadza

jak te jaki dźwigające

ciężar decybeli

wysoko w górnych

partiach

 

Zawsze wyżej

niżej

Crescendo

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

+ + +

                                                 organów

nic nie zastąpi

odejdziemy z pustych schronów

 

serca wymienią pompy sztuczne

metal ogromny w naszych oczach

 

nerwy stalowe stłumią słuch

i kości plastyk elastyczny

 

dotyk policzka z tkanki zdjęty

wszystkie organy wymienione

 

zamiast pałeczki dyrygenckiej

lancet i światła laserowe

 

rzucone  w nas okruchy Bacha

którego nikt nie umie zagrać

 

i tylko taśma taśma taśma

zatartych muzyk szyfr i klucz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dźwięki

 

 

Przesłane Nie dotarły do granicy

mowy

poddane zostały dokładnej rewizji

wróciły

lecz początku nie znalazły tutaj

 

dlatego teraz mimowolnie tkwią

w stanie uśpienia

 

Moguncję i Nadrenię szybko chcą ominąć

i nie poddają się

 

Ludwigu

 

 

 

 

Beethoven( opus 2)

 Es muss sein! Ludwig van Beethoven

 

Jasne ulice  wieczorem w Moguncji

deszcz sączy fugę żeby nie przebrzmiała

próba ćwiczenia  Własnej cierpliwości

Ren właśnie występuje z brzegów

a Werter cierpi wciąż Już nie młody

Goethe pisze z Weimaru do Charlotty

list  Szukając nie umiejąc nazwać

śladów zatartych Idąc tropem ciszy

z duchem epoki odegrać nie mogąc

walca Straussa kusząc orchidee
w zielniku uczuć Zerwany naskórek

z lewego palca i ta grzywa włosów

co tak przeszkadza skupić się

na tekście Zatem czym prędzej musi to zapisać

bo jest w tej jednej chwili ponad dźwiękiem

gdy ucho żadnych szumów nie wyłowi

a papier nie jest zbyt cierpliwy

na opadanie na bezwład na bezruch

 

Powietrze stygnie Nie zna barw obłoków

co tak misternie malowały ciszę

ewakuowaną pospiesznie po ciemku 

w czerń absolutną Która chłonie wszystko

niczym winorośl mgłę październikową

chłodne jest ciało I zamknięty ogród

miasto w dolinie i niebo nad Tobą

 

 

 

 

 

Sen we śnie

 

Jeszcze jest ciemność Jeszcze niezerwana

zasłona nocy Szekspir nie napisał

Snu nocy letniej Ale to nie w snach

rzecz by nie istniała wizja Jakiś obraz

szalona pewność że będziesz za chwilę

po przepłukaniu w różowym lakmusie

gdy rozwiesimy sen na długim sznurku

mokry od ciepła i w sierpniowym deszczu

co zdąży wyschnąć przecieknie przez światło

nieszczelnym świtem I zniknie ulotny

jak to marzenia Zwiewność wyobraźni

 

 co się z motylem ścigała przez chwilę

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Noc Kawafisa

 

Błędne są światła Aleksandrii

i ciężka noc w fałdach mroku

kiedy spóźniony do tawerny

wchodzi przechodzień

 

Zasiada w kącie i czeka

stukając w blat stolika palcami

Zapala papierosa Obserwując

twarze w półmroku

 

Mówi coś do siebie Powtarza

mamrocze cały czas

Kariatydy kapitel zmierzchu 

łuki brwi jońskie doryckie   

 

Grecja jest wszędzie Gdzie Kirke

i błądzący Odys ?

Moją ojczyzną jest Itaka

nigdzie i wszędzie 

 

Nigdzie i wszędzie jest Noc 

Tylko świeci  lampka pod ikoną

i syk oliwy rozgrzewający

prawosławnym świtem

 

Już czas zamykać Dźwięk  syreny  w porcie

nie daje  zasnąć  na blacie z marmuru

Pora umierać Nie napisać nic

hołd barbarzyńcom oddając

 

Krusząc bibułkę Gdy świt jeszcze

nie nadchodzi Zacinając lekko

piórem  A papier na nowe wersy

wiersze  cierpliwie  oczekuje

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Raport z końca świata

 

Świat - wszystko płynie Wypływa Otacza 

Światło I ruchy zewsząd napowietrzne

Słoneczna tarcza Ciemna Niewidoczna

Cienie istnieją przez nanosekundę

Nie możesz wtedy poznać siły głosu

 

Słowo widzialne Pismo sympatyczne

Znaczy byt chmur przejrzystych

Niczym dmuchawce (Mniszek pospolity

Tak żółto kwitnie niczym słońce czyste)

Potem jest zwiewnie Potem ulatują

Słupki substancje lotne i nie lotne

I nagie słońce staje się chmurą

Zielone trawy trwają Miękkość ziemi

I płatki róży lecą nieprzytomne

Dla definicji piękna

 

Świat jest  co chwila Z nagła wertykalny

I lekko muśnie drżącą Drżącą trzcinę

Pascalom zechce oddać miarę wiatru

Co obojętny Zapatrzony w niebo

Chmur pełne Przetrwa wtedy mgnieniem

Nie wszystko płynie Bo nie jest tak płynne

Heraklitowi zda się przywidzeniem 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przypadek

 

 

Nic nie dzieje się przypadkowo

Ale przypadkiem Rządzą prawa

Definicje i przyporządkowanie

I parcie na język Zmysł wyrazu

 

Zupełnie inne ma znaczenie Instrukcja

Jednorazowego użytku

W wielorazowym obrzędzie

W nadawaniu znaczeń

 

Których nikt nie jest w stanie przewidzieć

Po spełnieniu pewnych warunków

Na uwięzi głosek i samogłosek

Gdy Słowo nabiera zupełnie innego znaczenia

 

Miesza się wszystko Przesypuje

Artykulacja nie zawsze się udaje

Mowa jest raz tak raz nie 

Jak wahadło i miękki obol na języku

 

Dlatego przypadkiem zdajemy się umierać

W lutowy poranek myląc Absolut

Z absyntem mieszając pneumę

Z cielesną powłoką zdaną przypadkowo

 

Do przechowalni gdy odchodzą zmysły

Chłodnieje ręka i sztywnieje twarz

Zaczynają się kręcić barwy

Znika pejzaż za oknem A ciemne plamy

 

Na poduszce to tylko imitacja

Tego przejścia I zaczynają się schody

I jeszcze słuch wyłowi odgłos opadającego

Sopla lodu i kroków Ciężkich kroków

 

Potem jest pusty pokój

Białe prześcieradło I czarny celofan

W którym nas wynoszą

I czarno białe refleksy 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Podróż do końca zimy

 

Walizka rozpakowana Górsko nadmorski pejzaż

Słońce o górę uderza Pokój z widokiem

Na zaśnieżoną plantację róż ( rozsypane płatki

Przed pocałunkiem na mrozie) I zastygłą falę

Imitującą żonę Lota bo nie zdążyła się cofnąć

W tamten odpływ owej Zimy gdy minus 20

W 20 minut tuż przed południem Ją zatrzymało

 

Nie ogląda się w tamtą Stronę

Nie podąża za światłem Póki mrok

Rozświetli się pod pąsowym klonem

Szeleszcząc celofanowym

Opakowaniem po czekoladowym batoniku

(A sąsiednia spirea śpi zimowym snem

 Po dużej dawce luminalu )

 

Walizka spakowana Jeszcze ostatni widok

Słońca co uderza w górę Jej szczyt płonie

A komunikat o pogodzie jest nadawany

Jako katastroficzny news

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rapsodia Krymska

 

Mokną wiolonczele kiedy zabrzmi

kropla niewidzialnego deszczu

i spłynie po szybie w wąską strużkę ciszy

kołysze pociąg co prosto od Lwowa

przez czarnoziem biegnie stepem

przez pola Ukrainy stępem kłusem

jak konie wzdłuż trakcji elektrycznej

ziemia wilgotna słońce pali

papierosa za papierosem

a szelest trawy kradnie zmierzchom

zapach powietrza dosyć ciężki

przekwita jaśmin tak lirycznie

zielony przestwór oceanu

suchy jak pieprz gdy posypujesz

w Eupatorii  gdzie zapachy

mieszają się ze złotym runem

na miejscowym targowisku

rumem z bazaru zalatuje

a Adam przez komórkę śle

sms że nie ma zasięgu

cóż  nie układa mu się w życiu

choć tyle kobiet z nim flirtuje

przed chwilą oddał do naprawy

wielki  wóz bo brakuje części

są tutaj kiepskie drogi mleczne 

Orion nie napiął swego łuku

a niebo w zamachowym kole

gwiazd poszukuje przez Allegro

i nie ma tu części zamiennych    

trzeba poczekać póki serwis

się nie odezwie trzeba trwać

Wstęga asfaltu topi chmury

i przeszła burza letnia burza

duszne powietrze w jasyr bierze

muzykę dzwonów które dźwięczą

w uszach Adama na Wawelu

i nad Symferopolską tęczą

zawisa łuk Będzie skrzydlaty dzień

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Oda do fortepianu Fryderyka Ch.

 

Oto instrument co zawiera wieko

sięgnąwszy bruku(modny dziś trotuar

droższy niż asfalt sprawdzony przez wieki

dźwięk daje milszy bo zawiera stukot)

jak wzorzec z Sevres

I metr po metrze pełza wśród mazurków

już zapomniana mazowiecka muza

 

A gdzie on jest Czy w tunelu ciemnym

albo w powietrzu Szczyty Alp wibrują

gdzieś pod Wyszkowem las pachnących sosen

w głuchym Laskowie tuz nad brzegiem Bugu

tam wody czyste Wody wędrujące

I metr po metrze pełza wśród mazurków

już zapomniana mazowiecka muza

 

Się objadając nokturnami ciszy

uszy się pasą dźwiękami na polach

z zielonych pastwisk powracają krowy

kolczyki w uszach gubią wśród topoli

w drodze na udój gdzieś tu pod Rumoką

I metr po metrze pełza wśród mazurków

Już zapomniana mazowiecka muza

 

 

Nutą uleci w ten najbliższy pejzaż

równin szerokich zaklętych w muzyce

instrument nigdy nie wyda już głosu

aż do utraty tchu, gdy nie usłyszysz

szumiącej wierzby ponad taką ciszę

I metr po metrze pełza wśród mazurków

Już zapomniana mazowiecka muza

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wpisy z ksiąg hipotecznych

 

Wpis 1

 

Jeśli zobaczysz Księgę Wyjścia

Jadł będziesz Jej strony

A Duch litery nie przetrawi

I nie da ogień Podpełznąć powietrzu

A Znaki przywołaniem będą

W księdze Powtórzonego Prawa

W dolinie wyschłych kości będziesz

Ożywiony

 

Wpis 2

 

Z Księgi Deuteronomium

Zwanej też po hebrajsku Dwarim

A po grecku Septuagintą

Nie podpełzną węże

Do 4 księgi Tory czyli Księgi Liczb

Ani Adam i Ewa nie zjedzą jabłka

Z drzewa wiadomości 

I Kain nie zabije Abla

Ani nie zaleje potop

I Spielberg nie będzie

Kręcił „Poszukiwaczy zaginionej Arki

 

 

Wpis 3

 

Księgo jakie masz wyjście

Wieczysty przymiotnik 

Pada na ograniczenie Prawa

Rzecz czyli res nie staje się

Przez to nieśmiertelna

A stajesz się tylko

Ciekłokrystalicznym

Mignięciem

Po zalogowaniu

I odblokowaniu serwera

Rubryką wpisów hic et nunc

 

 

 

 

 

 

 

Sędziowie   

 

 

Kiedy spotykają

Prawodawców na Agorze

W każdej epoce Będą Strażnikami

Wielu pojęć spiętych definicjami

Z Kodeksów

 

Odczuwając tę odpowiedzialność

Pomimo drętwoty języka

Drżąc Nad wykładnią

I częściami mowy

 

Szukając Złotego środka

Jakżeby precyzyjniej oddać myśl

Jakiego użyć pojęcia

 

Zgodnie z prawem i z własnym sumieniem

 

W końcu

 

Najważniejsze jest 

Ustalenie prawdy obiektywnej

 

Ależ jakiż ciężar dźwigają!

Cięższy niż czysta kartka papieru

Ponad sentencję

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Księga kapłańska

 

 

Przychodzisz znowu do wizytek

W zakrystii lampka już nie świeci

Przy krześle ciągle Twoja laska

Już niepotrzebna Bo za chwilę

Wstaniesz i ciężko westchniesz

Pod modrzew chodźmy Jarosławie

Nakarmić wróble i sikorki 

Siądziemy na zielonej ławce

Porozmawiamy o Prouście

A potem musisz mi przypomnieć

O ważnej sprawie i doradzisz

Jak ma wyglądać mój testament

Bo z sercem krucho jest ostatnio

Dziesiąty krzyż zaczynam dźwigać

I zaraz zadam ci pytanie

Co tam nowego w hipotece

Mam hipotekę czystą chociaż

 

Biedronki tracą kropki teraz

Jak każde słowo Twoich wierszy

Poza przecinkiem są tantiemą

W legacie tekstu

 

Dlatego nieraz będziesz tęsknić

Za Tą sylwetką przygarbioną

Za każdą mszą i każdym wierszem

Uśmiechem zza okularów

I cienkim chińskim długopisem

Drobniutkim maczkiem pisma

Nikłym Nie mów nikomu

Że uwielbiam czekoladę Lindta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z mądrości hipoteki

 

 

I

Mówi się: Hipoteka jest ograniczonym prawem rzeczowym.

Ale jaka rzecz ograniczy nasze życiowe konto ?

Faktyczny bilans aktywów i pasywów.

W tym znaczeniu hipoteka jest

 Nieograniczoną przestrzenią

 Permanentnie zapisywaną.

 

II

 Zwrócono się doń: „ Panie sędzio wiekuisty

Odpowiedział: „Ależ nie przystoi tak

 Zwracać się do Strażnika Prawa

Sługi Pana Wszechczasów

Tylko On jest prawdziwym Sędzią wiekuistym!”

 

 

III

O księdze wieczystej, co powiedzieć?

Świat jest w gruncie rzeczy

Jedną niezapisaną księgą

Wieczystą.

 

IV

 

Co będzie z hipotezą

Ustalającą 

Ponad stan faktyczny

Tezę na istnienie

Istoty wyższej ?

Wpiszemy wtedy ostrzeżenie:

 

Niezgodność na rzeczywistość

Nie prowadzi do usunięcia Absolutu,

Czy się to komu podoba czy nie.

 

 

V

Przyszła z prośbą:

„Niech moja hipoteka łączna

Stanie się rozłączna!

Jesteśmy rozwiedzieni!”

 

 

 

 

 

VI

 Łączne czy nie łączne,

 Hipoteki całego świata łączcie się!

 

VII

 Z wykładu: Jak Państwo wiecie,

Księga wieczysta składa się z działów.

Każdy coś oznacza.

Pierwszy –dotyczy oznaczenia nieruchomości,

 praw związanych z własnością,

Drugi – dotyczy właściciela,

Trzeci – ciężarów i ograniczonych praw rzeczowych,

Czwarty- hipotek .

A co oznacza dział piąty księgi wieczystej?

Braki formalne. Albo jeszcze inaczej

Brakującą piątą Ewangelię.

 

 

VIII

Wpisano: Prawo użytkowania celu nie do osiągnięcia.

 

IX

 Wpisano:

 Prawo przejścia w stan wyższej konieczności

w  pasie zdemilitaryzowanym

o długości równika i szerokości równoleżnika.

X

Wpisano: Prawo korzystania ze studni bez dna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wpisy z dawnych ksiąg hipotecznych alias wieczystych

 

 

 

1.

Stare księgi nie kłamią

Nawet gdy coś się pomiesza

W zakamarkach pamięci

Niedosłyszane opowieści

Przenajświętszych umarłych babć

Zlewają się I miejsca i ich miasta

Są dzisiaj nieutracone

 

2.

Droga na wzgórze

Jest ciągle ta sama

I prowadzi do Zamku

Czy to w Wilnie czy Lublinie

Z ulicy Żytniej i Żniwnej

Na Lipową do katakumb

 

3.

Ciotka Helena powraca z rautu

Nie wie jeszcze że wybuchnie wojna

A jej mąż wuj Lemieszek

Po wojnie nie wróci do Polski 

Będzie w rządzie londyńskim

A ona go już nie zobaczy

I zostanie tercjarką i fundatorką

Baldachimu w lubelskiej katedrze

Jej syn Jureczek młody porucznik WP

Zginie w Kampanii Wrześniowej

A w starej kamienicy Zapanuje entropia

(Liczne niezrealizowane recepty

I niezużyte lekarstwa leżące

W stosach pozwolą jej dożyć prawie setki)

Umrze w marcowy poranek

Przewracając się w łazience

(Potem dostaniesz miodowy sweter

Wuja Lemieszka z wielbłądziej wełny

Pachnący naftaliną

I odrobiną londyńskiej mgły

Jako fideikomis przez wykonawcę testamentu

Siostrzeńca ciotki wuja Henryka Woytowicza)

 

 

 

 

 

 

 

 

4.

Prababcia Maria ukryje mamę

I jej siostry Przed eksplozjami

(Dziewczynki będą kurczowo

Trzymać lalki i w ciemnościach

Wysłuchiwać Litanii przejmującej

Dowodzenie Ciotki Dziuni

Przemykać będą z pokoju do pokoju

Prosto na podwórze Między kasztanowce

A pękające łupiny opadających kasztanów

Huczeć będą głośniej niż niejeden granat)

A ich cioteczny brat Niutek nauczy je

Naśladować ćwierkanie wróbli

Podkradających owoce jarzębiny

I wiecznie będzie bębnił palcami w

Klawisze pianina obiecanego

Jako legat dla najpiękniejszej wnuczki

W pięć lat później prababcia

Zginie od ciosów rosyjskiego żołdaka

Ale na razie jest wrzesień 1939 roku  

Nad Lublin nadlatują bombowce

Jako jeden z pierwszych

Zginie jej sąsiad Józef Czechowicz  

A ona jest Marią z Markowskich

Wdową po Janie pochowanym

Tuż obok księcia Druckiego Lubeckiego

(Przy mławskich katakumbach

O czym z przekąsem

Wspominała ciotka Stefanowa)

Nie mogłaby leżeć krzyżem

 

5.

I dobrze że ad hoc zaginęły stare księgi

W bombardowanych archiwach

I w kancelariach pisarzy hipotecznych

Gdzie sepiowym atramentem

Jeszcze wcześniej wpisano

Jako właściciela pewnej

Nieruchomości jej teściową

Poprzednie praprababki

Matyldę a wcześniej jeszcze

Otylię de domo Oppenheimer

Baronowe T. ( tytuł kupiony od Kaisera

Franciszka II w Wiedniu

Roku Pańskiego 1790)

A później je wykreślono

Inni właściciele weszli na hipotekę

6.

 

Na razie babcie nie istnieją Lepiej ukryć

Koneksje wiedeńskie i lepiej

Opowiadać o przodkach spod Kaukazu

Pięknej Ormiance albo Gruzince

I greckokatolickiej cerkwi w Tyfilisie

Gdzie ochrzczono pradziadka

I co z tego że ich wnuk i syn zginie

W Mauthausen Co to zmienia

Od tego i tak nie ma ucieczki

A babunia Teodora jest

Darem od Boga jak jej imię

A pradziad Mateusz nie będzie

Zmieniał imienia i dożyje 103 lat

(trochę mniej pradziad Władysław)

 

7.

Co począć z rodzinnymi baśniami

O pięknych ciotkach O błękitnookich

Śpiewających rosyjskie ballady

Wertyńskiego Kiedy uciekając z

Rewolucyjnej Rosji przemycały

Złote ruble w żeliwnych nogach łóżek

Trzymając samowar

W alabastrowych dłoniach

Gdzieś na granicy Niedaleko Tweru

Zawieszając potem w oknach koronki

Pożółkłe jak te stronice pergaminu

Co zawiera tyle i aż tyle Żeby

Atrament pogrążyć w sepii

Wyblakłym pismem

Kunszt kaligrafów dawnych ukazując

 

8.

Szkoda tylko że w dobie smsów

Maili i innych im podobnych

Znaków identyfikacyjnych

Zanika pismo i jego charakter

W to miejsce zstępuje pin pesel i regon

Albo wszczepione chipy

Podczerwień  vel  ultrafiolet

I elektroniczny podpis

Nie przysporzy on

Pracy grafologom

Piszemy brzydko albo

I nie W sam raz

I nie wskrzesi to dziejów

Intercyz Weksli Pożyczek

Rubli w srebrze albo w złocie

Listów zastawnych

Legatów Zapisów 

Fideikomisów takoż

 

9.

Księgo w wersji elektronicznej

Już księgą nie jesteś Nie będzie pagina

Poruszać instynktu poślinionych palców

Przewracających kolejne stronice

I bez wzbijania stuletniego kurzu

Śledzenia pisma przygaszonych liter

Czerwonych nitek pod spodem

Aż do wykreślenia Tego co już nie jest

Było I nie będzie Czynienia wzmianek

Na granicy wniosku Poza kataster

Na powierzchni brzegu Poza punkt

Jeden co miedzy dotyka

 

10.

Bez wątpliwości dla samego wpisu

Opisać piórem takie oddalenie

(Tej części nie można odłączyć

Ponad formułkę dopóki nie starczy

Przenosić gór albo dobrą wiarę

Dać na podstawie donatiny ziemi

Niebo i przestrzeń tylko opisując)

A nie treść całą Bo utraci sens

Wszystko mierzone nie wyprawną miarą

Rękojmia działa  Ale nie do wiary

Która jest wtedy narzędziem zwątpienia

Wszak bona fides to nie jest vis maior

Tym argumentem podważając wszystko

A z zasad niewzruszonych

Zawsze zostanie casus mixtus

 

11.

Migocze ekran Jednolity wzór

I zacierają się Słowa W jednym ciągu

Szyk przestawiony co tylko obciąża

Ciężar nad siebie Co dotyka całość

(I tak nie strawi goryczy języka

Papier cierpliwy jest a dysk

Zaloguje się wraz z Dyskobolem)

I po zamknięciu treści nie przeniesie

Zawsze formalne wykazując braki

Trwa przerwa Znowu padła sieć

Nim zresetujesz utracone dane   

Zostaje odczyt Mignie na ekranie

Jedno kliknięcie do bólu serwera

 

12.

Klikamy w pole a podpole obok

Nazwisko jak drzewo

Dzikiej czereśni co zakwita w kwietniu

Dwa człony jedynego drzewa

Pod Wołkowyskiem w leśniczówce

Pachną pierniczki babci Walentyny

I lukier stygnie Czas zaprzęgać konie

Do Królikowa jechać poprzez Zieluń

Od lasu prostą drogą i ten trakt

Piaszczysty sunie aż za Niemen

Pod ręką z dziadkiem Hipolitem

Jego tubalny głos echo niesie

Pachną pierniczki babci Walentyny

I lukier zastygł Czas wyprzęgać konie 

Pora do Wilna a babcia Gertruda

Z Piotrowiczów zupą dyniową

Zawsze poczęstuje I swoja śpiewną

Kresową polszczyzną 

Opowie jak jej pradziadek Czyż

Razem z Mickiewiczem

Pieśń filaretów lubił nucić

Musi przekazać swemu Witoldowi

że pan Wańkowicz znowu na Powązkach

Spotkał ją Ciesząc że jest z jego stron

Gdy w Hrubieszowie pewien rejent

Śnił o swej Dorze i zapisał w księdze

Urszulę Elwirę dwojga imion

I tak już będzie do skończenia świata

A nam zostaje dzban zerwanych malin

W roztoczańskim chruśniaku

Poza wszelką metafizyką

I głos mamy drżący Słodki sopran

Kiedy śpiewa: „Dusza z ciała wyleciała

 Na zielonej łące stała”

 

 

 

 

   

 

 

 

Komentarze (12)

    • P H
    • 11 sierpnia 2010, 10:17:25

    jest to parę naprawdę pięknych tekstów. :)

    • P H
    • 11 sierpnia 2010, 10:18:28

    z tym, że dwa razy czytałem tylko polskich romantyków, Rilkego, Herberta i Miłosza.

  • Panie Pawle za przeczytanie bardzo bardzo dziękuję:):)

  • Moniko,a czemu żałujesz ,że przeczytałaś?

  • Piękne liryki. Można czytać i czytać, a i tak ciągle się je odkrywa na nowo.

  • Czytam sobie ;)
    "dzban zerwanych malin", " słodki sopran".


    Zachciało mi się lata ;-)

  • Piękna poezja, czytam z przyjemnością.

  • Czytam i czytam... Chętnie wrócę.

  • Czytam i czytam... Chętnie wrócę.

  • Ja też:) Świetne teksty:)

  • nie spodziewałem się, że Pan taaak piszę, był Pan mnie kilka razy więc i ja w końcu zaglądnąłem i mimo żem poszukujący nowiści, że cynizmem sikam po formie, że kiczem plamię powagę i patosem plastik, że dźwiękiem buduje przestrzeń, żeby ją potem kakofonicznie zgwałcić, to ten lekki styl, to rozsądne urzycie słów, ten oddech po każdym słowie...przemawiają romantycznie jest, odniesienie do teraz, tęsknota do kiedyś, to jest takie jak nazwa pewnej polskiej grupy malarskiej...ładnie

  • granice mowy przekracza Pan w wierszach,brak mi słów żeby opisać to co usłyszałam i poczułam... wszystkie organy we mnie zabrzmiały:)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się